żywieniowy raport z żabolandii

lipiec upłynął pod znakiem długoterminowego wybycia z mieszkania. najpierw podróż do domu, o której pisałam post wcześniej, a następnie – wypad do paryża. rozbijam się trochę po świecie, jakoś tak wyszło samo z siebie, co mnie niezmiernie cieszy, bo w każdej wojaży jest jakiś odcień gastronomiczny obowiązkowy.
francja powitała mnie konserwami i pasztetami przywiezionymi z polski w celach oszczędnościowych. skrzętnie odmówiłam ich konsumpcji i poszłam do pierwszego lepszego spożywczaka, którym się okazał carrefour express – ani zbyt różnorodnie, ani zbyt obficie zaopatrzony sklep. a jednak stałam przez pół godziny z rozdziawioną gębą przed półką z serami, nie mogłam się przez kwadrans oderwać od ciasteczek, a to dopiero był początek podróży.
pierwsze wrażenie na mnie zrobiła śmietana. dobra. niby nic, drobnostka, ale zmiękły mi nogi. dobrałam się do creme fraiche 30% i umarłam, zrozumiawszy, dlaczego we wszystkich przepisach zachodniej, bogatej europy dolewa się do sosów śmietanowych wodę z gotowania makaronu. u nas jak kupisz śmietankę trzydziestkę, to rozrzedzasz konsystencję zagęszczonego mleka. creme fraiche nawet trzydziestoprocentowa jest fantastycznie ubita, lepiej niż jakakolwiek śmietana do kupienia w polsce.
żeby zrównoważyć ten zachwyt, kupiłam sobie dość drogi a dość mały deser Gu, który wzięłam, bo kupiła mnie etykieta – uwieczniona na fotce poniżej. deser konsystencji śmietanki marakujowej z warstwą dolną przypominającą żółtka z cukrem z serem białym i wanilią byłby bardzo dobry, gdyby nie był obrzydliwie słodki. wtopa.
z napojów dorwałam świetny świeży sok jabłkowo malinowy „innocent”, był też ciekawie smakujący sok mango (na zdjęciu). w drodze do domu na stacji w niemczech kupiliśmy też sok z brzoskwiń, który smakował jak starte z syropem brzoskwinie w puszce – nie za słodkie, idealne.
z rzeczy ciekawych, chciałam spróbować też coś, co sensownym artykułem spożywczym ciężko nazwać – czipsy. dlaczego czipsy nie miałyby być elementem francuskiej kuchni, jaką może poznać obcokrajowiec w kilka dni? chrupki 3D (na zdjęciu) były dość interesujące, ponieważ nie kruszyły się, były dość twarde, a jednocześnie nie smakowały tłuszczem. smak sera jednak nie jest takim smakiem, jaki znamy w polsce, ponieważ nasze sery nie walą skarpetami. spróbowałam kilka i zostawiłam miseczkę znajomym, na szczęście się nad nimi zlitowali.
a propos skarpet i mojego modlenia się przed półką z serami. wybór był ciężki. próbowałam kilku serów różnego rodzaju i każdy, ale to *każdy* naprawdę dawał czadu ostrym zapachem. nawet delikatne w smaku sery zabijały mój węch. i w sumie dalej zabijają, bo przywiozłam sobie trzy do polandii <3 jednym z nich jest Rouy, który serdecznie polecam. świetny, delikatny smak, konsystencja i budowa presidentowego camemberta, którego znają dobrze polacy (swoją drogą, to też produkcji Presidenta). ze względu na pomarańczowy kolor i delikatny smak skojarzył mi się z serem Mimolette, którego kostkę kupiłam kiedyś w dużym supermarkecie w Polsce za jakieś 7zł/200g. coś musi w tym być, że pomarańczowe sery są dobre – zdecydowanie za mało wiem o tej działce nabiałów, koniecznie muszę je postudiować.
z ciekawostek przyrodniczych, we francji królują również polskie pieczarki. w sumie wiedziałam, że jesteśmy potentatem pieczarkowym, ale że aż taka jest przebitka – dwukrotnie droższe, w przeliczeniu na złocisze, niestety, to bolało, ale polak polakowi da zarobić, co mi tam, kupiłam. z resztą, gdybym przeliczała wszystko, co kupowałam, na złotówki, to bym chyba osiwiała.
w związku z tym, że na wakacjach wolno wydawać dużo hajsiwa na przyjemności, na koniec postanowiłam sobie osłodzić życie, mimo dość dobitnych informacji od pewnej bliskiej mi osoby, którą serdecznie pozdrawiam cichaczem :), że powinnam schudnąć, a nie obżerać się na prawo i lewo. na dziale ze słodkościami wpadł mi w ręce nugat. ale nie byle jaki nugat. nie za twardy, nie kleił się do zębów, lecz się również nie kruszył. nieziemsko dobra pozycja. duży baton, który sobie dzieliłam przez cały dzień zawodów, kiedy nie było opcji na zjedzenie czegokolwiek sensownego. wczoraj w tęsknym poszukiwaniu wspomnień w almie zaczęłam się zastanawiać, czym się różni turron od nugatu (wciąż nie wiem tego do końca) i gdzie można znaleźć nugat tak fantastyczny jak tamten francuski.
z historii czynnego brania udziału w gastronomii, po raz pierwszy w życiu jadłam krewetki na jachcie w chorwacji, po raz drugi robiłam je sama w paryżu.
podsumowując – tak, uznaję ten wyjazd za kulinarnie udany. trzeba jednak koniecznie tam wrócić, zapoznać się bliżej z resztą serów i pochodzić więcej po knajpkach innych niż creperie i kebsy, no i gdyby się tak nauczyć francuskiego, to może nawet do Le Cordon Bleu… a przynajmniej zjeść jakąś żabę czy ślimaka! wszystko jeszcze jednak przede mną.

This slideshow requires JavaScript.

Advertisements

3 thoughts on “żywieniowy raport z żabolandii

  1. Brawo. Sery i śmietana to początek sagi pt. „nieba o ziemia” w zestawiniu tych samych produktów kupowanych tam a tu. Szkoda, że nie spróbowałaś Nutelli – to dla mnie fenomen największy od zawsze, gdy się rozpływa w ustach, a już samo nakładanie jej na łyżeczkę do uczta dla oka, jak się oplata i poddaje. Bajka. Ale to norma. Ja – przywykłem, w zasadzie wiedziałem, to od zawsze, tylko jakoś udowadnienie innym, że mam rację były mi nigdy nie po drodze.

    A ceny – hmm. Sprawdzałaś zawsze rachunek przy kasie? Bo tam kantują na potęgę, nawet swoich, tym bardziej turystów. Ja się cieszę, że za rzeczy lepsze jakościowe płacę mniej niż w Polsce – ser żółty, szynka, pomidory, banany itepe.

    • (nie wiem, czy dałam „dodaj komentarz” czy „reply” i czy reply cię jakkolwiek powiadamia o mojej odpowiedzi, ale mogę se kliknąć raz jeszcze w inne okienko)

  2. nutellę akurat jadłam, crepesy z nutellą i bananami były obowiązkowe i obrzydliwie słodkie. ale powiem ci szczerze, że nie jestem jej fanką – jest u mnie w domu mały słoiczek raz na pół roku, a kupuję ją tylko dlatego, że nie ma w polsce nic lepszego o podobnej konsystencji od czasów, kiedy wycofali snickersa w słoiku. nie przepadam, choć kiedyś się objadałam; teraz wolę puszkę liczi w syropie za podobną cenę, a rozkosz jest o niebo (sic) lepsza.
    na sklepy inne niż supermarkety mnie nie stać było, a i niestety nie wyglądam jak typowa turystka, więc obyło się bez ekscesów. co do cen, z kolei, nie wiem, czy płacisz mniej za lepszą jakość. konkrety, proszę – bo coś mi się nie wydaje. po przeliczeniu walut to wcale nie tak tanio, a w porównaniu do tamtejszych stawek cenowych, to może i niedrogo, ale też jest to kwestia kultury żywieniowej, która u nas jest dość niska oraz kilku innych czynników.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: