stracić grosze na ryneczku

przez ostatni miesiąc niewiele gotowałam. najpierw dopadła mnie niemożność jedzenia, potem dopadł mnie leń, a trzeci tydzień spędziłam pod zodiakiem braku weny na gotowanie. w ostatnim tygodniu mojej miesięcznej kuchennej rekonwalescencji okazało się, że najlepsze pomysły na obiad mają sąsiedzi.

idąc klatką schodową w porze obiadowej czuję, co się pichci. proste, klasyczne dania, które robili i dziadkowie, i rodzice. dlaczego ja o tym zapomniałam? wszystko co proste przecież bierze się od swoich podstaw. u mnie w domu top 10 obiadów już się przejadło, ale zaczynam sobie przypominać, co od czasu do czasu przecinało tę sztampę. sezonowe rzeczy, głównie, ale klasyki.

chłodnik. ciasto z rabarbarem. podsmażone na patelni kiełbaski w cebuli. jajko sadzone z kalafiorem i bułką tartą.

przechodzę przez ryneczek, sobota rano, dzień targowy tak piękny – słońce, ludzie, niesamowite widoki, że jak już odłożyłam aparat, musiałam coś kupić. po prostu musiałam. i potem zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ja jeszcze wcześniej tego nie robiłam…

siata świeżego szpinaku, tak z pół kila jak nie więcej, za dwa złote. dla porównania – w dużym sklepie dostaniesz szpinak w paczce za 7zł i jest go o wiele mniej. świeże jaja bez stempelków, L-ki – specjalnie zważyłam, tu z kolei nie jest tanio, ale to jajko smakuje jajkiem. właściwie wychodzi to tyle samo, co jakby kupić zerówki L-ki, może ciut taniej, gdybym się potargowała jeszcze chwilę, może by było mocno taniej. świeżo urżnięty kalafior. łeb za dwójkę. wydałam dziesięć złotych i mam obiad na dwa dni. szpinak będzie do risotta, ryż + jajko + ciut śmietanki i sera żółtego.

gdyby mi tylko miał kto to przejadać, to straciłabym fortunę na ryneczku i nie wychodziła z kuchni przez kolejny tydzień, aż do następnej soboty.

za tydzień mnie nie będzie w mieście, żeby zrobić zakupy – planowałam sobie coś obmyślić ze szparagami, jak mi się udałoby upolować domowy barszcz lub chociaż zakwas, to bym kupiła pierdółki na chłodnik.

przyszły tydzień będzie pod znakiem hiszpańskiego żarcia. mam nadzieję, że na wyprawie starczy finansów, żeby pójść coś zjeść innego niż McDupa. chciałabym się nacieszyć owocami morza i zrozumieć, dlaczego u nich nie ma zbyt dużej oferty wyrobów mlecznych. może uda mi się też coś ugotować na hacjendzie dla europejskiego przekroju erazmusów z moją kochaną helenitą na czele. :)

życie jak w madrycie, ale w polszy nie gorzej – dopóki będę mogła tracić grosze na ryneczkach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: