winna kura (guilty drunk chicken)

nabiję sobie pozycjonowanie i zacznę od tego: potrawka z kurczaka w białym winie, jamie oliver. jeśli jesteś półgłówkiem kulinarnym, to do sosu winnego nie dodasz wina, a jeśli masz smaka na świetny biały sos i potrawkę, która im dłużej się przegryza tym jest lepsza – to jest właśnie przepis dla ciebie.

jamie oliver jak dla mnie charakteryzuje się prostotą swoich przepisów – rzadko używa składników, których się nie da kupić w większym czy lepszym sklepie, instrukcje są dość jasne, zrozumiałe. czasami tłumacz się pieprznie (sic) co do gastro określeń, według mnie całkiem niepotrzebnie trzymając się słowo w słowo co tam kuchta pisze (np. są kawałki masła a nie kostki, co jest nieco dziwne i lekko niezrozumiałe).

w każdym razie – żreć jamie daje smacznie. lekko zmodyfikowany przepis na dwie bardzo głodne osoby brzmi następująco, uwaga, przepis napisany po polskiemu.

  • kostkę masła w garniec wrzuć na mały ogień hyc;
  • marchwi dwa grube, selera naciowego cztery, pora jeden patyk posiekany we fristajlowe kawałki do garniora wrzuć;
  • do smaku po trochu selera i korzenia pietruchny, tak maluczko, drobno, ja nie przepadam czuć, ale coby nadać smaczek – pół małej pietruchny i proporcjonalnie selerzyka ciep do gara;
  • pietruszki garść całą można wrzucić w pęczku albo posiekane, ja wolę wiązać nitką i wyrzucać, nie lubię zieleniny między zębami;
  • kiełbaski kawałek, jakąś resztkę z lodówki w kostkę usiekać i wciepać tyź do gara;
  • pierś z kury – bo najszybciej, najłatwiej – urżnąć w grubą kratę, zalać wrzątkiem i hop do reszty, a do tego soli i pieprzu do woli;
  • jak się tak z kwadrans syćko pogotuje, następuje taka czynność: pół kieliszka wody do gara, pół kieliszka wina do gęby, pół kieliszka wina do gara;
  • zaprawiamy potrawkę łyżeczką mąki ziemniaczanej i łyżeczką zwykłaśnej, ostro merdamy, żeby rozprowadzić dokładnie mączura po całości i dolewamy pół szklanki mleka, dolewamy kolejne pół kieliszka wina do gęby i jak się już ululamy i flaszka się skończy, mniej więcej wtedy potrawka jest już gotowa.

jeśli po wystygnięciu łyżka wam stanie na sztorc to się nie przejmujcie. tłuścioszek to jest pierwszej klasy, ale zdrowy, zdrowy, masło jakoś przecież nigelli nie szkodzi… no, a przynajmniej od czasu do czasu człek zasługuje, żeby sobie zmajstrować taką pyszotę w fazie mięsnej.

w fazie mięsnej również zrobiłam właśnie podgotówkę pod jutrzejszą wołowinę w winie z pomarańczami i powiem tylko tyle – muszę sobie kupić tłuczek do mięsa, ponieważ metalowa chochelka zmieniła zawód i jest teraz jarmułką dla cyborgów-dyrygentów sprzedawana w zestawie z batutą. może również służyć za popielniczkę kuchenną i kija do ponaglania, czyli generalnie jak nie pierdolnęła, tak omal zawału dostałam. twarda wołowinka, twarda, co poradzić, nic tylko tłuczek kupić – ku wielkiej uciesze sąsiadów, z pewnością. za niewyrównane rachunki głośnościowe będę teraz robić wołowinę i rąbać drewno na zmianę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: