bell jar full of plums

piątek wieczór, gdzieś tam sobie trwa tauron, a co robi kal.? — piecze.

banalnie proste ciasto. całość łącznie z pieczeniem zawarta w przeciągu godziny. zrobiłam blachę ze śliwkami, ale że nie byłam zadowolona z rezultatu (niech żyje mama i jej skróty myślowe w zapisywaniu przepisów z pamięci, swoją drogą, chyba i tak jej się omsknął jakiś element przepisu, bo coś tu nie wyszło tak, jak ja to pamiętam), więc upiekłam następne, tym razem w małych foremkach i postanowiłam lekko ulepszyć recepturę. mruczę sobie pod nosem: mniej mąki, zdecydowanie. i miksuję. w międzyczasie do wysmarowanych foremek wrzuciłam śliwki… a że już byłam na etapie eksperymentowania, to stwierdziłam: a co mi tam. najwyżej nie wyjdą.
do jednej foremki dodałam więc na spód malin, zalałam takim ciastem do połowy, do reszty foremek wrzuciłam normalnie śliwki. do miski z resztą ciasta dodałam zaś trochę przyprawy do pierników, tak na lekki posmak — bo idealnie pasuje do śliwek, nie bez powodu robi się je z powidłami. malinową foremkę do drugiej połowy wypełniłam drugim typem ciasta i śliwkami. zalałam resztę. na wierzch jednej śliwkowej dorzuciłam kilka bezskórkowych kawałeczków węgierek.
co mi wyszło? babeczka z owocem na wierzchu była śliczna, ale wymagała dłuższego suszenia. babeczka z malinami wybuliła do góry, jak z resztą prawie wszystkie, jedna nawet zrobiła się na wulkan i eksplodowała mi podczas pieczenia. tę potem nazwałam słonikiem (choć wyciągnąwszy z formy zeżarłam jej trąbę). powyciągałam to wszystko, poukładałam, nasztachałam się zapachu gorących owoców, popatrzyłam i stwierdziłam — cholera. po co ja tyle tego upiekłam?

rozumiem sylvię plath. niestabilna emocjonalnie perła liryki skończyła z głową w gazowym piekarniku. szczęśliwie, za moich czasów takie już są rzadkością, a i ja nie mam zamiaru popełniać żadnych takich fałksów pałksów. rozumiem ją, bo mamy najwyraźniej wspólną cechę. w momentach braku możliwości zwerbalizowania swoich emocji — piekła. dopiero patrząc na nielogiczną ilość tego wszystkiego, przypomniał mi się film, Sylvia [tutaj: od 5:52].

moje dzisiejsze wypieki pewnie okażą się gniotami nie dlatego, że przepis był zły, ale dlatego, że nieświadomie przeładowałam w nie swoją złość, gorycz, zmęczenie i nie wiem co jeszcze. dałam ciastu popalić. byłam w takim ferworze, że nawet wyjęte prosto z piekarnika foremki chwytałam w gołe palce. mam dwa komentarze do tego, jeden z lewej mańki, a drugi z tej lepszej strony. siedzący mi na ramieniu święty szczepan (lub święty wawrzyniec, w kwestii gotowania z krzyżykiem w ręku mają ponoć podobną rangę) podpowiada: oby ktoś, kto zje kawałek tego ciasta, nie przejął negatywnych emocji. a z drugiej strony ten czerwony z pieprzem i ostrą papryką w atrybutach mówi, że to ciasto powinno zostać laleczką wudu na osobę, która sprawiła, że się tak zdenerwowałam. patetyczne pierdolenie, ale cóż, mam swoją filozofię kuchenną. przetrawimy, zobaczymy.

“And by the way, everything in life is writable about
if you have the outgoing guts to do it, and the imagination to improvise.
The worst enemy to creativity is self-doubt.”

Advertisements

2 thoughts on “bell jar full of plums

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: