bajera

minizgrzewarka bardzo by mnie uradowała. o zwykłej zgrzewarce na potrzeby gastronomiczne nie mam na razie co marzyć, ale może po prostu bogactwo wszystkich bajerów kuchennych należy gromadzić powoli. tak żebym się nie zachłysnęła – a o alkoholu w daniach nie wspominając, nie mam nawet koniaku w domu, a wino jak jest to trafia do mego serca przez żołądek bez żadnych dodatków.

z moich ostatnich poczynań rozliczę się tylko na zapiekankę warzywną i minestrone ze świeżą bazylią. szarówa znów dopadła, to i polotu w garach też ni mo.

Reklamy

mangomania

mango już dawno temu podbiło moje serce. powoli dochodzę do przekonywania się do indyjskich smaków i postawiłam wszystko na taką oto, jak się okazało, wyborność:

 

CHUTNEY Z MANGO

  • olej o neutralnym smaku (ryżowy jest git)
  • cebulka czerwona (albo szalotka)
  • około łyżeczki świeżo startego imbiru
  • kilka ząbków pokrojonego czosnku
  • 100g* brązowego cukru (muscovado <4)
  • około 300g mangużego mięsiwa (z dwóch średniej wielkości sztuk)
  • 1/4 szklanki octu (u mnie spisał się jabłkowy)
  • po pół łyżeczki przypraw:
  • cynamon**
  • curry
  • chilli***
  • sól – do smaku!

* albo 70g jeśli mango macie słodkie samo w sobie i chcecie mniej słodki czatnej. 100g na superdojrzałe mango to najsłodsza wersja.
** ilość orientacyjna w zależności od gustu. ja dam następnym razem mniej cynamonu, bo mnie synek-cynek denerwuje i nie przepadamy za sobą, natomiast dam więcej curry.
*** można dać świeżą papryczkę, a wtedy pokrojoną na sam początek. co do chilli w proszku, to pół łyżeczki to dość mało. przy tej słodyczy czuć je było bardzo delikatnie.

składniki wrzucać po kolei. zeszklić cebulkę, dorzucić imbir i czosnek, poddusić chwilę i wrzucić pozostałe składniki na mniej więcej kilkanaście minut na niski ogienek. mango może być pokrojone w większe lub mniejsze kawałki – dowolnie, zależy od tego tylko czas gotowania.

sos jest genialny. u mnie zdał egzamin z grilowaną tołpygą marynowaną w soku z cytryn i pomarańczy z maślanym purée. cudowności. można go robić w różnych kombinacjach, a później – pyk, na gorąco do słoiczka i mamy na później. idealne do własnej lodówki i na własnoręczny prezent.

kici kici

napol leon w piecu bo zimno

j


ak ja dawno nie jadłam napoleona!

zaglądam ostatnio często do nowej filii buczka, mojej ulubionej piekarni. całkiem ciekawe mają te cukiernicze rzeczy, dość nietypowe – niektóre trafione, niektóre niekoniecznie. wymieniam zazwyczaj tam jeszcze parę słów poza „poproszę, dziękuję, do widzenia”. dzisiaj trafiła mi się sympatyczna, młoda ekspedientka, która na moje stwierdzenie o tym, że siąpi zamarudziła elegancko na pogodę, po czym powiedziałam jej tuż przed pożegnaniem się, że to coś pomiędzy niezdecydowaną zimą a niezdecydowaną wiosną. śmiała się aż do mojego wyjścia. przemiłe.
zdarza mi się ostatnio wracać do starych smaków, do prostych rzeczy, które mi się dobrze kojarzą. polskie ferrero, czyli orzechowe lumarki albo ryż z jabłkami – czasem nie żałuję wrócenia do rodziców.

outfit idealny

już wiem, jakie będzie moje przebranie na kolejną imprezę.

wielkie starcie z tartami

jak to zwykle bywa, nie potrafię robić jednego przepisu nowego po drugim, tylko wpadam w szał robienia w kółko tego samego aż uznam, że coś wiem.
zatarciłam się. silnik mi się zatarł na tartach. starte mam ręce, bo ciągle w cieście.
najpierw umarłam w definicjach. czy to ma być niskie czy wysokie? jakie ma być z reguły słone, a jakie ma być słodkie? jak już otrzepałam się i wyszłam z tego pudełka, to ta luźna definicja „czegokolwiek zalanego konkretnym sosem na kruchym cieście” stała się prawdziwa.
wciąż szukam najbardziej odpowiedniego przepisu na lekkie, kruche ciasto. żeby utrzymało zawartość, ale żeby nie czuć go było prawie. taka trzy milimetrowa elegancja. żółtka świeże, żółtka ugotowane, więcej lub mniej wody, jeszcze przede mną różnice w mąkach i w tłuszczu. proszkowi dziękujemy, po mamusi mam niedodawanie go dopóki nie muszę.
treściwość sosów ograniczyłam do duetu jajko+śmietanka. czytając przepisy z zagranico cały czas mam wrażenie, że omija mnie creme fraiche jako esencja życia. nieubita śmietanka czy ubita? różnice były niewielkie, płynność nieubitej przeraża mnie i już widzę rozmakające kruche.
z lęków i obaw: czytam później o czterdziestu minutach w piekarniku. co to ma tam do cholery robić czterdzieści minut, tańczyć? na takie zabawy z takim płynnym sosem nie ma mowy, żeby sobie pozwolić. zatem do czasu w piekarniku trzeba też dostosować zawartość tarty, czyli główne składniki.
zaraz sprawdzam, jak się sprawią jabłka, czyli moje drugie podejście do słodkiej wersji z sosem nietypówką, bo z migdałową mąką, którą zrobiłam.
do spróbowania zostaje jeszcze mnóstwo kombinacji, na pierwszym miejscu: tarta na cieście filo i tarta tatin z gruszkami.

co polecam? robić każdą tartę inną. kobinować i bawić się formą, smakiem. czego nie polecam? robienia z muzyką na słuchawkach. można w ten sposób z łatwością spalić migdały, które się prażą, bądź wysypać miskę mąki na podłogę. zbyt tanecznym krokiem tarty nie zrobisz.

lepiej zatrudnić tańczącego kelnera.

Blog na WordPress.com.